środa, 29 października 2014

Inne spojrzenie na historię

Bardzo rzadko wstawiam tu nieswoje słowa, bądź artykuły ale czasem uważam, że warto przekazać całość. Wywiad ten znalazłem w zapisanych niegdyś plikach a niestety strona źródłowa tego wywiadu (RP.pl) już nie chce się znaleźć... Albo nie umiem tego robić na tablecie ;)
To rozmowa przeprowadzona przez portal gazety Rzeczpospolita z nieżyjącym już historykiem Pawłem Wieczorkiewiczem. WARTO PRZECZYTAĆ I ZASTANOWIĆ SIĘ NAD PAROMA SPRAWAMI.


Czy najnowsza historia Polski została już w całości opisana? Nie ma już w niej nic do odkrycia?

Wręcz przeciwnie. Właściwie przyzwoicie nie została opisana w ogóle. Jest w niej nadal wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic. Wiele poglądów i teorii, w które wszyscy głęboko wierzymy, nie ma nic wspólnego z prawdą. W dużej mierze to wina polskich historyków, o których – mówię to z bólem – mam bardzo złe zdanie.

Dlaczego?

To grupa osób o bardzo zachowawczym sposobie myślenia. Nie są w stanie wyobrazić sobie, że w rzeczywistości mogło być inaczej, niż im się wydaje. A poglądy i teorie wyrabiali sobie, czytając prace swoich poprzedników pracujących w warunkach komunistycznego zniewolenia. Polscy historycy to grupa skostniała intelektualnie. Oskarżam polskich historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się od schematów. A w pokoleniu 60-latków są to schematy wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko stereotypowe, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom. Środowisku polskich historyków potrzebny jest silny, ozdrowieńczy wstrząs. Może byłby nim proces lustracyjny.

To jaki powinien być dobry historyk?

Powinien być otwarty na nowe koncepcje. Powinien do badanych problemów podchodzić na nowo, odrzucając wszystko, co napisano w PRL. Powinien stawiać najbardziej szalone tezy i pytania, bo w szaleństwie jest zalążek geniuszu. Praca historyka polega na zadawaniu pytań, a nie powtarzaniu w kółko tych samych odpowiedzi. Mój postulat jest następujący: wymażmy całkowicie całą pisaną historię Polski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa!

Panie profesorze, czym powinni się zająć historycy II wojny światowej?

Przykład pierwszy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresztowanie. Grono historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak generał wpadł w ręce gestapo. A są ślady, które wskazują na osobę bliską córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy. Mało tego, najrozsądniejsi z oficerów gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowania. To wcale nie był dla nich – tak jak my twierdzimy – „wielki sukces”. Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie zamęt i reorganizacja ugrupowania, burzyło bowiem cały system kontroli, jaką Niemcy sprawowali nad podziemiem.

Kontroli?

Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego. Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach rozpracowane przez policje polityczne.

Dlaczego więc w obu przypadkach nie zlikwidowano tych organizacji?

Bo każda dobra policja polityczna – a zarówno w SB, jak i gestapo byli wysokiej klasy fachowcy – uważa, że rozpracowany przeciwnik jest mniej niebezpieczny, bo niczym nie może zaskoczyć. Można go kontrolować, a czasami nawet inspirować jego działania poprzez wkręconą w jego szeregi agenturę (w przypadku „Solidarności” armia TW, których ujawniono w ostatnich latach, to tylko wierzchołek góry lodowej). Rozbicie istniejącej struktury podziemnej poprzez masowe aresztowania powoduje zaś, że przeciwnik podejmuje działalność samorzutną, nieprzewidywalną. A więc z punktu widzenia służb specjalnych bardziej niebezpieczną. Z czasem zaś założy nowe struktury, które trzeba będzie na nowo rozpracowywać. Po co zadawać sobie tyle trudu?

Tak rozumowali Niemcy w okupowanej Polsce?

Owszem. Poza tym w gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie – co nie zmienia faktu, że byli zbrodniarzami – którzy uważali, iż prędzej czy później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że obie organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie robią sobie krzywdy.

A jak wyglądała kwestia infiltracji AK przez Sowiety?

Obawiam się, że jeszcze gorzej. Sowieccy agenci w szeregach polskich władz i polskiej armii podziemnej mieli wielkie wpływy. Wykorzystywali to, że AK z czasem zaczęła skręcać mocno w lewo. Polskie podziemie ostatecznie nie podjęło w końcu działań zgodnych z niemieckimi interesami, ale z sowieckimi. Choćby nieszczęsna operacja „Burza” z powstaniem warszawskim na czele. Na powstaniu zyskała tylko jedna strona – Sowiety. Należy sobie zadać pytanie, czy Stalin mógł, a jeżeli tak, to w jaki sposób, wpłynąć na to, że Warszawa akurat 1 sierpnia 1944 roku stanęła do walki. Odpowiedź na to pytanie mogłaby się okazać szokująca.

Wstydliwą dla podziemia sprawą jest chyba również kwestia jego budżetu.

O tak, to bardzo niewygodny temat. Z Londynu szedł do kraju strumień pieniędzy. Znaczna ich część była jednak wydawana na cele prywatne, czyli po prostu defraudowana. Kolejna część trafiała zaś do kas rozmaitych partyjek, koterii i grupek. A kto w podziemiu miał pieniądze – rozdawał karty.

W Polsce mamy również tendencję do robienia bohaterów z ludzi, którzy na to nie bardzo zasługują.

Wiem, do czego pan pije – Sikorski. Rzeczywiście nie był to mąż stanu. Sytuacja, w której się znalazł, znacznie go przerosła. Abstrahując od tego, kto i dlaczego go zabił, jako premier i naczelny wódz nie zdał egzaminu. Ale i wcześniej miał poważne grzechy na sumieniu. Mam o nim bardzo negatywne zdanie. Myślę, że w okresie międzywojennym był agentem francuskim, a przynajmniej tak się zachowywał, jakby nim był. Działał na szkodę państwa polskiego i jako taki powinien zostać prawomocnie skazany. Udzielał Francuzom bardzo wyczerpujących informacji o polskim wojsku, w 1938 roku skłonny był te same informacje przekazać Czechom. Naciskał na Francuzów, żeby żądali dymisji Becka. Zachowywał się niezbyt pięknie.

A Anders?

Anders również nie był postacią bez skazy i mało nadaje się na bohatera narodowego. W 1941 roku na Łubiance mówił NKWD wszystko, co chciała usłyszeć…

Sugeruje pan, że był agentem Stalina lub szedł mu na rękę?

No cóż, po owocach ich poznacie. Anders zrobił trzy rzeczy. Najpierw wyprowadził we właściwym momencie wojsko z Sowietów. Proszę sobie wyobrazić, że armia Andersa bije się na froncie wschodnim w kwietniu 1943 roku. Niemcy ogłaszają przez radio, że odkryli masowe groby w Katyniu. I co, Polacy nadal biją się u boku bolszewików? Oczywiście nie. Armia Andersa natychmiast przeszłaby na stronę Niemiec. Wyobraża pan sobie taki zwrot? To by mogło storpedować plany Stalina. Potem Anders bezsensownie skrwawił wojsko pod Monte Cassino, najbardziej ideowy, antysowiecki element. A na końcu zrobił wszystko, żeby nikt z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie wrócił do kraju.

Ale w ten sposób ocalił ich przed kazamatami UB.

Oczywiście. Ale to było także na rękę komunistom i Stalinowi. Bo gdyby mieli w okupowanej Polsce ze 150 tysięcy żołnierzy z polskiej armii na zachodzie, to sowietyzacja naszego kraju mogłaby natrafić na znacznie większe problemy. W roku 1956 żywioł ten – zakładam, że co najmniej połowa by przetrwała – mógł się okazać decydujący. Nacisk z ich strony na konfrontację z Sowietami mógłby być tak silny, że Chruszczow by się jednak zawahał i nie przysłał do Polski Armii Radzieckiej. W takiej sytuacji być może już w 1956 roku mielibyśmy rok 1989. Przecież kadra niepodległościowa była w Polsce tak przetrzebiona i wyczerpana, że rok 1956 robili właściwie komuniści. Plus niedobitki AK, które nie były w stanie opracować własnej koncepcji politycznej. Gdyby do akcji wkroczyli andersowcy, historia mogłaby się potoczyć inaczej.

Panie profesorze, czy w swoich analizach nie przecenia pan roli tajnych agentów i służb?

Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dziejów, jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają przede wszystkim tajne służby.

W Polsce także?

Oczywiście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Michnika do Moskwy w 1989 roku…

Nie sugeruje pan chyba, że Michnik był agentem?

Agentem nie był. Był natomiast potężnym graczem, działającym właśnie za kulisami. W 1989 roku pojechał do Związku Sowieckiego, aby dogadać się z tamtejszymi towarzyszami ponad głową Jaruzelskiego. Był zbyt inteligentnym, zbyt ambitnym człowiekiem, żeby nie dojść do wniosku, że sam III RP nie zbuduje i nie zrealizuje swoich koncepcji. Dlatego próbował podjąć współpracę z Moskwą, ale podkreślam – nie była to współpraca natury agenturalnej, tylko rodzaj gry politycznej. Michnik tłumaczył to sobie zapewne mniej więcej tak, że idzie z tymi progresywnymi, liberalnymi towarzyszami spod znaku Gorbaczowa, żeby poprawić komunizm. Hasło Michnika i Gorbaczowa było przecież takie samo: socjalizm z ludzką twarzą.

Jakie tajemnice kryją dzieje służb specjalnych PRL?

Tysiące tajemnic! W tej sprawie naprawdę mało wiemy. Choćby — wydawałoby się szalona — sprawa tak zwanych matrioszek, czyli agentów podstawianych do armii Andersa czy później Berlinga. To jest mniej więcej to samo, co pokazano w „Stawce większej niż życie”. Zamiana Kowalskiego na podobnego do niego Iwanowa. Uczono faceta języka polskiego oraz biografii osoby, którą miał zastąpić. Sprawę tę pierwszy raz poruszył Piotr Jaroszewicz. Zaraz potem został zamordowany. Niewykluczone, że dotknął problemu, który jeszcze w 1992 roku był tak newralgiczny dla rosyjskiego wywiadu, że trzeba go było uciszyć.

Kto mógł być taką matrioszką?

Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Są tylko pewne przesłanki.

Brzmi to mało prawdopodobnie.

No cóż, warto by to jednak zbadać. 30 lat temu jeden z najważniejszych generałów Wojska Polskiego, zastępca szefa Sztabu Generalnego, na spotkaniu z elewami szkoły oficerskiej po kolejnym toaście zaczął przemawiać płynnie po rosyjsku. To wzbudziło pewną konsternację. Generał zauważył, co się stało i się zmieszał: „Wiecie, ja z żoną tak rozmawiam w domu i zapomniałem się” – zaczął się tłumaczyć. Nigdy nie poznamy w pełni historii PRL – zwracał na to uwagę Edward Ochab w rozmowie z Teresą Torańską – dopóki nie będziemy wiedzieli, kto w kierownictwie politycznym, jak się wyraził Ochab, był „ich”, a kto był „nasz”.

Myślę, że wszyscy – niezależnie od tego, jakim językiem mówili – byli „ich”…

To prawda. Ale mimo wszystko polscy komuniści mieli jakąś większą lub mniejszą – na ogół mniejszą – przestrzeń do samodzielnego działania. Ciekawe jest, jakie były relacje między sowiecką a polską bezpieką. Jakie wzajemne zależności. Czy UB, a potem SB było bezpośrednio, niemal z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś nieformalnymi kanałami. Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia? To bardzo ciekawa siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL. Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło w PRL, były prowokacjami służb. Poznań ’56, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, a wreszcie Sierpień ’80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo prawdopodobne. My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowokacją, a powstanie styczniowe to już z pewnością.

Czy są na to jakieś dowody?

Jest mnóstwo przesłanek. Na przykład Radom ’76. Rozmawiałem ostatnio z jednym z wysokich radomskich funkcjonariuszy partyjnych z tego okresu. I on nagle zadał mi takie pytanie: czy nie zwróciło pańskiej uwagi to, że trzonem wystąpień była załoga Waltera, zakładów produkujących sprzęt wojskowy, w których 25 procent ludzi było na etatach kontrwywiadu, a cała reszta była w zasadzie zmilitaryzowana? Cała kadra tych zakładów, łącznie ze zwykłymi robotnikami, składała się z najbardziej zaufanych ludzi! I oni by się nagle zbuntowali? Mój rozmówca przeglądał potem wraz z radomskimi milicjantami zdjęcia z zamieszek i okazało się, że najbardziej agresywni przywódcy tłumów to były osoby w Radomiu nigdy wcześniej niewidziane. To samo powtórzyło się później w Gdańsku.

Rozumiem, że skłania się pan do tezy, że upadek komunizmu był operacją służb specjalnych?

Tak. Wiele źródeł wskazuje, że była to gigantyczna, przemyślana i kontrolowana operacja. W szczegółach oczywiście mogła się wymknąć spod kontroli, bo każda taka akcja ma swoją dynamikę. Ale ostatecznie wszystko się udało. Celem służb było bowiem zachowanie kontroli nad finansami podczas transformacji ustrojowej. Następnie zaś dzięki tym pieniądzom oraz powiązaniom i doświadczeniu przejęcie kontroli nad państwami byłego imperium i nowo powstałą Rosją.

Dlaczego komunistyczne służby miałyby coś takiego zrobić?

KGB doszło do wniosku, że należy położyć kres istnieniu pasożyta, za jaki uważało partię. Przecież organizacja ta stała się całkowicie zbędnym czynnikiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zakulisowej gry mogły doskonale same kontrolować imperium. Mieć władze i zarabiać pieniądze. Aby to jednak osiągnąć, trzeba było usunąć komunistów. Już wcześniej ludzie, którzy kierowali bezpieką – Jeżow, Beria i inni – próbowali zrobić mniej więcej coś podobnego. Stalin, a później Chruszczow potrafili się jednak obronić.

Jeżeli przyjąć pana tezę, to jak ta operacja przebiegała w Polsce?

Rezydent sowieckiego wywiadu w Polsce gen. Pawłow – notabene jeden z najmądrzejszych ludzi w KGB – w swoich pamiętnikach pisał, że już w połowie lat 70. dostał polecenie z Moskwy, żeby nie budować już agentury sowieckiej w partii władzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu wziąć się do opozycji, która być może kiedyś przejmie władze. Agentura umieszczona wewnątrz „Solidarności” zostaje odpowiednio poinstruowana, służby rozgrywają swoją partię. A potem już idzie samo: Okrągły Stół, wybory, wyprowadzenie sztandaru PZPR i utworzenie nowego układu. Z ludźmi bezpieki na górze, a właściwie w cieniu. Czyli to, o czym mówiłem: fasadowa historia i prawdziwe ośrodki decyzyjne, o których zwykły śmiertelnik nic nie wie. Dzisiejsze partie polityczne mogą być nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe.

Czyli służby naszego wschodniego sąsiada nadal działają na wielką skalę w naszym kraju?

To były i są najlepsze, najbardziej sprawne służby na świecie. Służby, które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty, bezwartościowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To co najważniejsze, to co ma prawdziwe znaczenie – zawsze się zachowuje. W przypadku PRL – w Moskwie. Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero teraz, po 60, 70 latach z trudem dokopujemy się do prawdy o agenturze sowieckiej w II RP. Ale warto mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych szczeblach. Należy o tym pamiętać zawsze, gdy dochodzi do jakichś konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy wówczas uważnie wsłuchać się w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia.

piątek, 24 października 2014

Bohaterowie września

Wszyscy zapewne słyszeliście o obronie Wizny, o Westerplatte, o bitwie pod Kockiem czy o bohaterskiej obronie Warszawy... Jednakże wrzesień 1939 roku to przede wszystkim przegrana kampania i zderzenie propagandowych marzeń i wizji z twardą rzeczywistością...

Chaos, poczucie zdrady, bezsilność... Takie uczucia również towarzyszyły żołnierzom polskim, którzy stanęli do walki z najeźdźcą... Pompowani propagandą przez lata, uspokajani przez politykierów i kolejnych Naczelnych Wodzów przeżyli szok, gdy okazało się, że " Król jest nagi"...

Jednym z nich był oficer II Oddziału ( wywiadowczego) sztabu Grupy Operacyjnej "Piotrków", mjr dypl. Cezary Niewęgłowski, weteran wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. , Kawaler Srebrnego Krzyża Virtuti Militari... 7 września 1939 r. wobec niemożności dalszego wykonywania swoich zadań, popełnił samobójstwo. W pożegnalnym liście major napisał:

Byłem żołnierzem z zamiłowania, nie dla kawałka chleba, byłem patriotą, może gwałtownym w swej ambicji, ale szczerym. Wierzyłem w swych wodzów, ale głęboko się zawiodłem. Przegranie wojny w pięć dni przez państwo o 34 mln ludzi to klęska, nie wojenna, lecz moralna. [...] Wykazała naszą nieudolność organizacyjną, brak przewidywania, a przy tym pyszałkowatość i bezdenną pewność siebie [...]. Przez te kilka dni byłem na froncie świadkiem bohaterstwa i waleczności naszego żołnierza i nieudolności dowódców. Czy znowu mamy prosić francuskich dowódców batalionów, żeby nas uczyli dowodzenia?...

(Cyt. P. Stawecki, Oficerowie dyplomowani wojska Drugiej Rzeczypospolitej, Wrocław 1977, s. 192)

 


czwartek, 23 października 2014

Historie rodzinne cz. II

Pewnie niewielu z Was , kojarzy organizację o nazwie Konfederacja Narodu. Ze względu na jej pochodzenie ideowe i grono założycieli, dość skutecznie pamięć o niej i jej żołnierzach i akcjach, była zamazywania za czasów komuny. Próżno szukać o KN jakichkolwiek informacji w ówczesnych podręcznikach historii... A dlaczego? Ani dlatego, że Konfederacja Narodu była utożsamiana z przedwojennymi organizacjami narodowymi, typu Falanga ONR... Grubo...

A co na ten temat mówi Wikipedia?

Cytat: Konfederacja Narodu powstała  we wrześniu 1940 r. ze zjednoczenia kilku organizacji konspiracyjnych. Miała zastąpić działające wcześniej Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych i Komitet Porozumiewawczy Organizacji Niepodległościowych jako siła scalająca organizacje niezależne od Związku Walki Zbrojnej, postrzeganego jako struktura związana z obozem sanacyjnym.

Negocjacje nad utworzeniem organizacji toczyły się od wiosny do września 1940 r. Ich inicjatorami byli: Jan WłodarkiewiczWitold Rościszewski i Bolesław Piasecki. Ostatecznie za datę powstania Konfederacji Narodu przyjmuje się 28 września (lub 19 września) 1940 r. 7 października przyjęta została deklaracja ideowa i statut. W grudniu opracowano instrukcję organizacji struktury terytorialnej.

W skład Konfederacji Narodu weszły:


Nie wiem co na temat politycznych i ideowych podwalin Konfederacji Narodu sądził mój dziadek ale fakty są takie, że pierwszy ślad w dokumentach Konfederacji Narodu zapisał w 1941 roku. W tym wlasnie czasie komendantem Wydzielonego Rejonu B Konfederacji Narodu ( Brwinów, Podkowa Leśna, Milanowek) został ppor Jan Dunin-Kawiński PS. " Kotwicz" a szefem podziemnego szkolenia wojskowego i zastępcą " Kotwicza" został mój dziadek - chorąży ( na etacie ppor) Bogusław Kupliński znany wówczas swym towarzyszom broni pod pseudonimem "Kilof"... 

Historie rodzinne cz. I

.Myślę, że to dobre miejsce by wspomnieć mojego dziadka.
Ppor. Bogusław Kupliński ur. 5 lipca 1905 roku w Jekaterynodarze k/ Carycyna. W 1920 roku w wojnie z Sowietami był uczniem - ochotnikiem w 1 Kompani Saperów, budującej fortyfikacje na obrzeżach Warszawy przed nadciągającą Armią Czerwoną. Próbował przedostać się na front, z jakim skutkiem? Nie wiem nic konkretnego, jednak za swą ochotniczą służbę w czasie wojny polsko-bolszewickiej otrzymał medal "Polska swemu obrońcy".




W 1924 roku wstąpił do 2 pułku saperów a następnie do Centrum Wyszkolenia Saperów w Jabłonnie. Po ukończeniu kursu, służył w 15 batalionie Ludwikowo, wchodzącym w skład Korpusu Ochrony Pogranicza. Służył na Polesiu (coś jak Dziki Zachód w USA ;)) Tam, jako d-ca plutonu był dwukrotnie ranny podczas potyczek z sowieckimi patrolami granicznymi, w 1928 i 1930 roku. W 1939 roku jako starszy sierżant szef i chorąży walczył w 2 pułku górskim KOP w Karpatach w obronie Przełęczy Dukielskiej. Za wypad na tyły niemieckie odznaczony Krzyżem Walecznych. Ranny 9 września 1939 roku, dostał się do niewoli. (legenda rodzinna mówiła, że dziadek został ranny w wypadzie na niemiecką stronę 31 sierpnia ale nie znalazłem potwierdzenia w dokumentach) Trafił do obozu jenieckiego w okolicach Norymbergi.  Rok później symulując chorobę został z obozu zwolniony (dziadek twierdził, że nikt nie chciał uciekać z obozu, więc postanowił się zwijać samodzielnie). Od razu po powrocie z obozu nawiązał kontakt z konspiracją i rozpoczął służbę w Konfederacji Narodu...


Historia życia mojego dziadka, to materiał na kilka dobrych książek. W kilku kolejnych odcinkach postaram się Wam przybliżyć jego postać. A jest o czym opowiadać...

poniedziałek, 11 lutego 2013

ROCZNICA ZDRADY

Dziś mija kolejna smutna rocznica. 11 lutego 1945 roku zakończyła się konferencja jałtańska.  Przywódcy tzw.Wielkiej Trójki czyli prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill i przywódca ZSRR Józef Stalin  zajęli się "porządkowaniem" powojennego świata i dzieleniem łupów... Co ustalono w czasie obrad naszych tzw. "sojuszników"?
  • ustalono powojenny podział Niemiec na strefy okupowane. Co ciekawe jedną ze stref obok USA, Wlk. Brytanii i ZSRR dostała Francja......Pewnie jako wyraz uznania za swą niezłomną ( kurwa mać) postawę w czasie wojny, kolaboracyjny rząd Vichy i współpracę francuskiego aparatu policyjnego przy eksterminacji Żydów...
  • ZSRR otrzymał smycz i obrożę na której miał trzymać od tej chwili Polskę
  • Nasi zachodni "sojusznicy" poparli tymczasowy rząd Polski, który miał przeprowadzić po zakończeniu wojny wolne wybory... A to, że wybory będą sfałszowane? No cóż... Pan Stalin to dżentelmen, na pewno nie będzie taki nieokrzesany by wywierać wpływ na wyniki...
  • gwałcąc postanowienia Karty Atlantyckiej i polsko-brytyjskie zobowiązania sojusznicze, odebrano Polsce ponad połowę jej terytorium. Stalin mówił o podziale w/g linii Curzona ale de facto granica wschodnia odpowiadała tej z Paktu Ribbentrop - Mołotow. Churchill co prawda prosił Stalina o to, by Lwów pozostał przy Polsce ale....Stalin się nie zgodził i już. Pozamiatane. No cóż.
  • nasi jałtańscy dobrodzieje wspaniałomyślnie ustalili, że w ramach rekompensaty Polska dostanie na Zachodzie Pomorze Zachodnie, Prusy Wschodnie i Śląsk. To, że całą infrastrukturę i majątek ruchomy tych ziem wywiezie na wschód Armia Czerwona to przecież oczywiste... Przecież to zdobyte na Niemcach łupy....

To najważniejsze z jałtańskich ustaleń, dotyczących Polski. Tak właśnie zostaliśmy sprzedani przez naszych zachodnich sojuszników Stalinowi. Człowiekowi, który zaledwie 5 lat wcześniej był sojusznikiem Adolfa Hitlera...
Wojna jeszcze trwała, nasi żołnierze walczyli na jej frontach, ludzie ginęli a wszystko już zostało ustalone. IV rozbiór Polski stał się faktem.
Dla przypomnienia- wspaniała piosenka Jacka Kaczmarskiego pt. Jałta


NAWLEKAJ!!!

Wszystkim wychowanym na powieści Sienkiewicza "Pan Wołodyjowski" a szczególnie miłośnikom serialu powstałego na jej podstawie, w pamięć z pewnością zapadła scena śmierci Azji Tuchajbejowicza. Scena okrutna, brutalna, powodująca niemal fizyczny ból. Azja Tuchajbejowicz, były setnik chorągwi lipkowskiej, późniejszy zbieg, morderca i zdrajca, schwytany przez Adama Nowowiejskiego, musi umrzeć. Musi odpowiedzieć za swe czyny. To był czas wojny, czas okrutny i bezlitosny więc kara śmierci jest brutalna. Azja zostaje wbity na pal.


Kara nabicia na pal była znana już od czasów starożytnych. W ten sposób karano już na Bliskim Wschodzie, skąd zwyczaj ten stał się codziennością średniowiecznych skazańców na ziemiach będących pod wpływem Imperium Osmańskiego. Szczególnie na Bałkanach (tam właśnie ostatni raz w historii zgładzono w ten sposób 4 listopada 1946 !!!!!!!, w miejscowości Petrovaradin na Wojwodinie, węgierskiego gen. Szombathelyi za zbrodnie popełnione w czasie wojny na mieszkańcach Serbii i również stamtąd pochodził szeroko stosujący tą karę Vlad Tepes czyli Vlad Palownik (!!!), którego postacią zainspirował się Bram Stoker tworząc postać Draculi).


Jak dokonywano tej barbarzyńskiej egzekucji? Najważniejszy był pal. Zaostrzony (jednak niezbyt ostro, by nie wbijał się zbyt szybko) pal kładziono na ziemi pomiędzy nogami skazańca. Nieszczęśnik ów leżał ze skrępowanymi nogami i ramionami, przywiązany za stopy powrozem do pary koni, lub wołów. Gdy zwierzęta ruszyły to zaczynały ciągnąć skazańca. Pal, przytrzymywany przez kata wbijał się w okolice pachwiny/odbytu ofiary i powoli pogrążał się w ciele. Czubek nie był zaostrzony na szpic, dlatego by zbyt wcześnie nie uszkodzić ważnych narządów wewnętrznych i by kaźnia nie trwała zbyt krótko. Gdy pal zagłębił się w ciele na odpowiednią głębokość, odwiązywano zwierzęta i stawiano pal pionowo. Skazaniec umierał w męczarniach i wybawieniem dla niego była jedynie utrata przytomności. Źródła historyczne podają, że niektórzy skazańcy żyli po nabiciu na pal jeszcze trzy dni...

Najbardziej wiarygodny opis tej egzekucji znamy z relacji XVIII wiecznego księdza - historyka - Jędrzeja Kitowicza:
"Komendanci polscy, wielu dostali żywcem hajdamaków, żadnego nie pardonowali, lecz zaraz na placu albo wieszali na gałęziach, albo jeżeli mieli czas, żywcem na pal wbijali; która egzekucja takim szła sposobem: obnażonego hajdamakę położyli na ziemi na brzuch; mistrz albo który chłop sprawny do egzekucji użyty naciął mu toporkiem kupra, zacierany pal ostro z jednego końca wetchnął w tę jamę, którą gnój wychodzi z człowieka, założył do nóg parę wołów w jarzmie i tak z wolna wciągał hajdamakę na pal rychtując go, aby szedł prosto. Zasadziwszy hajdamaka na pal, a czasem i dwóch na jeden, kiedy było wiele osób do egzekucji, a mało palów, podnosili pal do góry i wkopywali w ziemię. Jeżeli pal wyszedł prosto głową lub karkiem, hajdamak prędko skonał; lecz jeżeli wyszedł ramieniem albo bokiem, żył na palu do dnia trzeciego, czasem wołał horyłki, to jest gorzałki, i pił podaną sobie. To tak okrutne morderstwo bynajmniej hajdamaków nie uśmierzało; mieli sobie za jakiś heroizm skonać na palu. Kiedy się w kompanii przy gorzałce jeden z drugim kamracił, życzył mu: "Szczo by ty ze mnoju na jednym palu strytył", to jest: "Bogdajbyś ze mną na jednym palu sterczał." Bywali drudzy tak zatwardziałego serca, że miasto jęczenia w bólu wołali na dyrygującego zaciąganiem na pal: "Krywo idet, punc mistru", jakby bólu żadnego nie czuł albo jakby go tylko kto w ciasny bot obuwał. Dla tak okrutnej śmierci, acz niby lekceważonej, hajdamacy wszędzie się do upadłej bronili. Na pięćdziesiąt hajdamaków trzeba było naszych dwieście, trzysta i więcej, aby ich zwyciężyli; równej lub mało większej liczbie nigdy się pobić nie dali. To już wszystko, co mogłem w pamięci utrzymać, com widział i com słyszał pewnego o wojsku autoramentu polskiego i regularnym nieprzyjacielu Ukrainy, hajdamakach."
Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III - O Siczy i hajdamakach



I pomyśleć, że teraz gdy skazany morderca ma za mało miejsca w celi lub cierpi ze względu na brak klimatyzacji w więziennej siłowni, może napisać skargę do Strasbourga... i dostać odszkodowanie.